[ Różne różności ]

WEGAŃSKIE DZIECKO NA ZIELONEJ SZKOLE

Starsza córka wyjeżdża na „Zieloną Szkołę”. Z jednej strony to wspaniała przygoda dla dziecka, z drugiej niemało stresu, wiadomo – 2 tygodnie na drugim końcu kraju, z obcymi ludźmi, w obcym środowisku, tęsknota w obie strony, niepokój mieszany z nadzieją, że wszystko będzie dobrze przez cały ten długi czas… U nas dodatkowo dochodzi kwestia wyżywienia, której raczej nie da się przemilczeć w przypadku wyjazdu na 14 dni. Opowiem więc Wam krótko, jak to wygląda u nas, bo może nasze doświadczenie okaże się dla kogoś pomocne w najbliższym czasie.

Pierwsze zebranie dotyczące „zielonej szkoły” odbyło się w październiku, z udziałem przedstawiciela organizatora wyjazdu. Kiedy zapytałam o możliwość wyżywienia zgodnie z założeniami diety wegańskiej usłyszałam, że co do wegetariańskiej, to zdarza się taka potrzeba i nie ma najmniejszego problemu, jeśli natomiast chodzi o wegańską, to jeszcze nie mieli takiego przypadku, ale „zobaczymy, co da się zrobić”. Ustaliliśmy, że nie będziemy rozgadywać się na ten temat na forum wszystkich rodziców, których nie za bardzo to interesuje, tylko spotkamy się po zebraniu indywidualnie i pogadamy o możliwościach. Tak też się stało, po zebraniu ucięłam sobie całkiem sympatyczną i nawet rzeczową pogawędkę z panem na temat wyżywienia wegańskiego i różnicy w stosunku do wegetariańskiego, zaproponowałam pomoc w dostosowaniu menu przygotowanego dla ogółu dzieci tak, aby bez większego kłopotu i moje dziecko miało co jeść i tym optymistycznym akcentem przypieczętowaliśmy rezerwację mojej córki z dopiskiem wege/vegan.

W lutym, zgodnie z tym, co ustaliliśmy sobie wcześniej, dostałam przykładowy jadłospis na 14 dni „zielonej szkoły” i tu zaczęły się schody. Z jednej strony świetnie, bo wyżywienie na zasadzie bufetu szwedzkiego, z którego dziecko może wybrać to, co chce i ile chce, z drugiej jednak moim oczom ukazała się taka obfitość potraw mięsnych i nabiałowych przy jednocześnie tak bardzo skromnym wyborze opcji roślinnych, że mimo teoretycznie 4 posiłków (śniadanie, 2-daniowy obiad, podwieczorek i ciepła kolacja) okazało się, że dziecko w zasadzie nie ma co jeść prócz ziemniaków z surówkami i chleba z pomidorem albo dżemem. Tak więc teoretycznie miałam tylko zasugerować wegańskie odpowiedniki części menu i podpowiedzieć, jak to czy tamto przygotować, żeby było vegan, a tak naprawdę musiałabym rozpisać od A do Z większość wszystkich posiłków, co mnie po prostu przerosło. Doszłam do wniosku, że kuchnia, która w opcji wegetariańskiej serwuje ryby (cóż…), a w standardowym menu proponuje dzieciom 12 obiadów mięsnych + 2 rybne + codziennie wędlinę na śniadanie i kolację oraz mięsne lub mączno-nabiałowe kolacje ciepłe, nie jest w stanie przyjąć takiej rewolucji, jak wyżywienie wegańskie, a ja nie mam ochoty robić z mojego dziecka problemu przez wielkie P.

Zaproponowałam więc organizatorowi inne rozwiązanie, tj. obniżenie nam kosztu wyżywienia w oparciu o całą tę jego część, która nas i tak nie interesuje, za to bez modyfikowania jadłospisu specjalnie dla nas i z możliwością przywiezienia kilku swoich produktów do wykorzystania we własnym zakresie. Firma przystała na takie rozwiązanie i dostałam obniżkę ceny pobytu w obliczonej kwocie za osobodzień oraz zapewnienie, że nie będzie problemu z przechowaniem w lodówce rzeczy, które córka sobie przywiezie w formie hermetycznie zapakowanych produktów gotowych do jedzenia, ani z wydawaniem jej na stołówce ziemniaków bez masła, itd. Kwotę zniżki dziecko dostanie dodatkowo do kieszonkowego, żeby mogło sobie na miejscu w razie potrzeby coś dokupować.

Takie rozwiązanie ostatecznie pasuje nam wszystkim. Organizator nie ma problemu z przystosowaniem wyżywienia specjalnie dla jednego dziecka. Panie w kuchni nie będą nas przeklinać każdego dnia ;) Dziecko z bufetu wybierze sobie to, co jada, dołoży swoje, przywiezione z domu, roślinne gadżety, ziemniaki poleje sobie olejem, co drugi dzień poprosi panie w kuchni o podgrzanie gotowego, wegańskiego sznycla, zagryzie go dostępnymi w bufecie surówkami, kupi sobie owoce czy jakieś soki w sklepie, a wszystko pewnie i tak popchnie chipsami czy frytkami, jak to dzieci na takich wyjazdach, więc z głodu na pewno nie umrze. Jak wróci do domu zje wszystko to, za czym przez 2 tygodnie może zdąży zatęsknić, a przy okazji, będąc poza domem bez rodziców, będzie mieć możliwość sprawdzenia się w sytuacji „młody weganin na wyjeździe”, wykorzystania w praktyce wszystkiego tego, co teoretycznie zna na co dzień i samodzielnego poradzenia sobie z zaspokojeniem apetytu bez kłapiącej dziobem matki, co dla mnie osobiście jest warte tego, by nie walczyć o zapewnienie wegańskiego wyżywienia przez ośrodek w przypadku tego konkretnego wyjazdu.

Myślę, że samo zgłoszenie takiej potrzeby, podjęta przez obie strony próba dopasowania menu do niej oraz przekazane organizatorowi moje opinie i uwagi wystarczająco zaznaczyły już rosnącą konieczność uwzględnienia roślinożerców i ich dzieci przy takich okazjach. Im więcej ludzi będzie takie potrzeby zgłaszać, tym łatwiej będzie uzyskać satysfakcjonujące ich zaspokojenie w przyszłości, co powinno być już powoli standardem. Póki jednak tak nie jest, starajmy się dogadywać się w takich sytuacjach na tyle, na ile to możliwe, nie robiąc z siebie i dzieci zbyt wielkich dziwaków, rozumiejąc zakorzenienie tradycyjnej, polskiej kuchni, zwłaszcza w takich ośrodkach wypoczynkowych i pokazując inne, roślinne opcje, łatwe do kupienia w sklepach nie tylko specjalistycznych i za wszystkie pieniądze świata. Dlatego moja córka na „zieloną szkołę” oprócz masła orzechowego i zapasu owocowych musów w saszetkach bierze ze sobą trochę wegańskich pasztetów, sojowe „salami” i parówki, wegańskie sznycle i nuggetsy gotowe do jedzenia, które można kupić w marketach w całym kraju, nie wymagają jakiegoś specjalnego traktowania, w większości smakują dzieciom i mogą być przykładem rozwiązania wegańskiego „problemu” w specyficznych okolicznościach poza domem, a przy tym można je łatwo zapakować w mini-lodówkę turystyczną, a na miejscu bez problemu przechować w lodówce w kuchni.

Jak to wszystko wyjdzie „w praniu” dowiemy się za 2 tygodnie i obiecuję, że po powrocie córki uzupełnię ten wpis o jej wrażenia, doświadczenia i nasze wspólne wnioski z tego wyjazdu. Wam i Waszym dzieciom życzę przyjaźnie nastawionych do wegan organizatorów „zielonych szkół” i innych wycieczek, a teraz biorę się już powoli za pakowanie :) Pozdrowienia!

Print Friendly, PDF & Email
Tags: , , , , , , ,

Wszystko jest w głowie

1 Comment

  1. Hej 😊 Sylwia, jak zielona szkoła wyszła w praniu? ;)

Send a Comment

Your email address will not be published.